Nasz pobyt w Argentynie przypominal nam troche serial ¨Zbuntowany Aniol¨.
Najpierw byl Facundo ze swoja bogata posiadloscia, pochodzacy z jakiejs slynnej rodziny.
Potem trafilysmy do dziewczyny - milej, sympatycznej, troskliwej, o troche meskim usposobieniu niczym Milagros...
W domach, w ktorych goscilysmy byla sluzba...
Dyskoteki, imprezy, koncerty- zywcem wyrwane z serialu. Pamietacie te sobotnie potancowki? Kiczowate stroje, laski krecace tylkami w butach na koturnach...
I mecz...to bylo cos!
Cale rodziny kibicujace, bebny, spiewy, sprzedaz obnosna Coca Coli z nieoficjalnie dolewanym alkoholem.
I niewazne, ze to tylko mecz lokalnej druzyny, przyszlo chyba z pol miasta.
Widac ze kochaja tu futbol!
Poza tym...
Mialysmy okazje byc na dwoch imprezach urodzinowych, gdzie przez 3/4 czasu nie mialysmy pojecia, kto jest jubilatem.
Jadlysmy kilka regionalnych potraw. Pyszne empanadasy, cos jak pieczone pierogi. Zupe lokro cos jak rosol z kukurydza i milanese cos jak schabowy, 3 razy cienszy...
Duzym zaskoczeniem bylo dla nas to, jak popularne tutaj sa wloskie dania.
A ich ulubionym alkoholem jest Fernet, rowniez wloski, pity zawsze schlodzony z Coca Cola (na meczu tez).
Wszyscy jezdza autem po alkoholu...
No i folklor!
W zyciu nie widzialysmy takiego zapalu i zaangazowania do tradycyjnej muzyki.
Niedzielny wieczor, knajpa wygladajaca jak zwyczajny dom i mnostwo ludzi spotykajacych sie tylko po to, zeby wspolnie pograc i pospiewac swoje tradycyjne piosenki. Szacun!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz