Probowalysmy, ale kazdy samochod, ktory sie zatrzymywal i slyszal gdzie chcemy jechac, odjezdzal dalej... Bez nas:(
Ostatecznie jeden gostek zabral nas spowrotem do miasta, na dworzec autobusowy. Tam okazalo sie, ze juz tutaj musimy wypelniac jakies papierki, wpisuja nas do bazy... Do dzis nie mamy pojecia czemu prywatne samochody nie mogly normalnie przekroczyc granicy?
Ale mniejsza z tym, dotarlysmy spowrotem do Peru.
I zaskoczylo nas na nowo...
Pozytywnie!
Znow mozemy jezdzic taksowkami... wygodnie
Spac w hostelach, gdzie podaja nam sniadanie... wygodnie
I jesc do syta... bo jest tanio, za tanio;D
A i jeszcze wazna rzecz... znalazlysmy idealna knajpke dla siebie z prawdziwa, pyszna kawa! (ale o kawie w kolejnym poscie:)
No i zaczely sie juz wspomniane autobusy i dziwne rzeczy w nich, standardzik.
Pomijajac to, ze chcialysmy kupic bilet na autobus do miejscowosci, przez ktora ewidentnie jechal, ale Pani na dworcu nam odmowila i musialysmy wysiasc w nastepnej miejscowosci... nie wiedziec czemu?
150 osob w autobusie na 50 miejsc...
Muzyka, Spiewy. Babka z reklamowka na glowie. Facet belkoczacy cos przez pol godziny, obijajac sie od fotela do fotela, potem rozdawanie cukierkow, zbieranie kasy...
I tak gorska droga przez 6 godzin, oczywiscie bez asfaltu... dotarlsymy do Kanionu Colca, najglebszego na swiecie.
Wioska, istne Bieszczady...
I nasz gospodarz, zywcem wyjety stamtad.
Jak w domu, jak w domu
Slyszac ze my z Polska, odrazu zaprosil nas do picia...
Jurek i Andrzej musieli byc dobrymi kompanami, ze tak sobie zapamietal;)
A rano... cud, miod, malina...
Te widoki! Kanion wygrywa wszystko...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz